Urodziłem się ponoć z miłości moich rodziców w 1964 roku /co do miłości matki do ojca nie mam wątpliwości/. Dzieciństwo miałem bardzo szczęśliwe mieszkając od nowości z dziadkami na wsi /ale co to za wieś 2 km od rynku miejskiego/, później tj. w czasach szkoły podstawowej na nowo wybudowanym osiedlu u zbocza pięknej góry. W moim mieście rodzinnym co nieczęsto się zdarza były i są góry, lasy, duża rzeka i kilka mniejszych, a wszystko to osadzone w pięknej dolinie. Dawniej osiedlem nazywano kilkanaście bloków tak więc wszystkie dzieciaki znały wszystkich. I tych łobuzów i tych grzecznych i tych starszych i tych młodszych. Nie było zakątka w który byśmy nie wleźli a wierzcie mi było gdzie wchodzić. Tak więc całe lata biegaliśmy po osiedlu, za piłką, w góry, do lasu, nad rzekę, do piwnic i ruin – szczęśliwi, mimo rozwodów rodziców, czasami śmierci przechodzącej gdzieś obok, smutków i radości jakie mogła dostarczyć komuna. Razem spędziliśmy przedszkole, szkołę podstawową i liceum, jeżeli nie w jednej klasie to w równoległych, razem czas wolny na podwórku, razem w kolejce. Pozostało z tamtych czasów parę przyjaźni i wielu znajomych. Ale miałem mówić o sobie…
Z przepięknie położonego przedszkola, poszedłem do szkoły podstawowej. I sekretarz a raczej jego ministrowie wymyślili eksperyment – chodziłem więc do klasy matematyczno-fizycznej z dodatkowym językiem niemieckim. Wyobraźcie sobie lata 70 a tutaj klasa profilowa. Z racji tego że ojciec od nas odszedł spędzałem większość czasu w szkole, a że i rodzicielka tam pracowała, zajmowali się mną jej koleżanki i koledzy. Oczywiście musowo harcerstwo i kółka zainteresowań. A zainteresowań miałem wiele. Najpierw akordeon i gra na werblu w drużynie harcerskiej, później mandolina w konsekwencji czego gitara. W siódmej klasie zacząłem pracować w wakacje. Wtedy to jeździliśmy z kolegą sadzić las w nadleśnictwie – zaczynając pracę o 7:00 czyli pobudka o 5:00, dojazd kilkanaście kilometrów na rowerze pod górę do szkółki leśnej i praca do zachodu słońca. Wspominam to z rozrzewnieniem – nauczyło mnie to szacunku do pracy i ludzi pracy, uczciwości i solidności.
Z rozpędu poszedłem do liceum do klasy matematyczno-fizycznej i równolegle do nowo powstałej szkoły muzycznej w klasie gitary i fortepianu. W tych latach rodzice skończyli studia zaoczne – ojciec inżynierskie, mama pedagogiczne. Kontakt z ojcem utrzymywałem w dobrej komitywie. Nie czuję się jak to wielu wtedy postrzegało dzieckiem skrzywdzonym z rodziny rozbitej. Zawsze mówię, że dzieciństwo miałem szczęśliwe i wesołe, acz wymagające.
W drugiej klasie liceum zaczęła się moja przygoda z górami i PTTK. Harmonogram dzienny i tygodniowy zajęć był napięty. Rano – liceum, po południu – muzyczna, wieczorem – lekcje i ćwiczenie na gitarze, w weekend – góry. Na wszystko był czas, na spacery za rękę z dziewczyną, na spotkania z kolegami, na prowadzenie zespołu muzycznego, na łazęgi po górach, na naukę gry na saksofonie i perkusji, na grę w drużynie piłki ręcznej, w zimie na narty, w lecie na pływanie. W takim ferworze spędziłem 4 lata szkół, w ciągu roku się ucząc a w wakacje 1 miesiąc pracując /jako kwatermistrz na obozach harcerskich, jako opiekun i w Niemczech jako kelner i barman/. Na koniec matura i dyplom. A później najwspanialsze wakacje życia. Zeszliśmy z kumplami całe Tatry, Bieszczady i Karkonosze w tempie zasługującym na Guinnessa.
Studia rozpocząłem na politechnice na wydziale budownictwa wodnego /namowa ojca/. Sadziłem przez nie bez większych problemów ze średnia zasługującą na stypendium. Wtedy też oprócz kolejnego już zespołu muzycznego gdzie w szranki kto lepszy stawaliśmy z Pudelsami i Korą rozpoczęła się moja przygoda z taternictwem jaskiniowym. Wyjazdy na skałki i w Tatry do jaskiń… ale to już inna opowieść. Spotykałem wówczas często moją krakowską rodzinę. Jawili się niczym literatcy Dulscy i tak też ich zapamiętałem. Pozostaliśmy bez żadnych zażyłości.
Do pamiętnego roku 1986 i wakacji tego roku wszystko szło zgodnie z przewidywaniami, zgodnie z harmonogramem. Tegoż roku jak zwykle wyjechaliśmy z mamą na wakacje. Często nam się to zdarzało, po trosze z powodów materialnych – praca jej lub jej i moja, po trosze bo to był jedyny moment spędzenia ze sobą czasu i porozmawiania. Tym razem jednak wybraliśmy się prywatnie. Piękne wakacje nad polskim morzem, luksusowa pogoda. I przy tej pogodzie i piłce plażowej dostałem ścianę piłką w łeb. Coś zaczęło się dziać z moim okiem. Musieliśmy wracać. Wsiadanie do pociągu przez okno z plecakiem na plecach /tak się wtedy zajmowało miejsce/ też oczom nie pomogło. Okazało się ze nastąpiło odwarstwienie siatkówki. Po trzech operacjach i miesiącach spędzonych w szpitalu zostałem człowiekiem jednoocznym. Rok trwała moja adaptacja do życia, uczyłem się na nowo chodzić tak aby nie wpadać na meble, ściany i takie tam przeszkody. Wtedy też podjąłem decyzję zmiany uczelni i profilu studiów na plastyczne. Jedna rodzicielka zaakceptowała moją decyzje – reszta uważała, że powinienem wrócić na politechnikę. Hmm.
Tak zaczęła się moja przygoda artystyczno-projektowa, która trwa do dziś. Lata spędzone z malarstwem, grafiką, rzeźbą, rysunkiem, na uczelni, w galeriach, teatrach, wernisażach różnego autoramentu – z całym mnóstwem poznanych artystów, aktorów, twórców, poetów i muzyków. Praca w kilku galeriach, przy triennale grafiki, wystawach międzynarodowych dawała wiele radości i zarobek. Po drodze zaliczyłem nieudane małżeństwo – nieudaną rodzinę /też Dulscy/, nieudane przyjaźnie, nieudane znajomości, nieudane prace – no może nie wszystkie i na koniec śmierć mamy i odejście moich dzieci, którym poświęciłem całkowicie kilkanaście lat mojego życia, a które zmanipulowane, otumanione z takich czy innych przyczyn do mnie się nie odzywają już półtora roku. Już wiecie dlaczego wariat jestem
.
Na koniec zostawiając wszystko za sobą, startując od zera osiedliłem się ponownie w moim rodzinnym mieście, w tym samym domu, który pamiętałem z dzieciństwa, ale już z od pół roku inną żoną u boku i inną rodziną. A moja rodzina to Karol, Piotrek, Jarek, Duduś i mały Władeczek, Baska, Juno, Ahisia i mama A /Arasia/, Lilka i Lamia, na koniec moja dzika Gaja. Cała masa maluchów, która pojawia się co jakiś czas i oczywiście Sonia i Sekunda, które pilnują naszego domu. Oprócz firmy projektowej zajmującej się profesjonalnym projektowaniem stron internetowych prowadzimy też z Karolem hodowlę kotów rasowych rasy Peterbald i od niedawna Bengali. To właśnie moje życie i moja rodzina. I co najważniejsze jesteśmy szczęśliwi, mimo że inni nam tego szczęścia zazdroszczą i chcą zburzyć, trwamy, trwamy legalnie, uczciwie, wzorcowo z honorem
.
Historia całkiem ciekawa mam nadzieję acz w wielkim skrócie ujęta.